Recenzja Arama Sterna po 30. Toruńskich Spotkaniach Teatrów Jednego Aktora

Zapraszamy do lektury bardzo ciekawej recenzji spektaklu BCC.

30TSTJA

 

 

 

 

 

Aktor gołosłowny, czyli „co się stało, już się nie odstanie”

Wzruszenie, zachwyt i szczery śmiech wielu widzów wywołał także, niezauważony przez obie kapituły jurorskie Mateusz Deskiewicz, który w monodramie „Być jak Charlie Chaplin” napisanym i świetnie wyreżyserowanym przez Piotra Wyszomirskiego, pokazał, co oznacza prawdziwy „teatr w walizce”! Deskiewicz na małej scenie zestawił dylematy wielkiego komika pierwszej połowy ubiegłego stulecia z problemami dzisiejszych aktorów i zrobił to wyśmienicie, w charakterystycznym stylu kina niemego, z wszelkimi atrybutami Chaplina, jego mimiką, ruchem, a także śpiewem. Wspaniały warsztat młodego aktora, dykcja, tempo gry czy zdolności wokalne – wszystko to sprawiło, że widz, choć nadążał za aktorem, nie był w stanie odpocząć, przetrawić gagów (wcale nie na niskim poziomie!), złapać oddech do kolejnego śmiechu, wytrzeć łzy, wczuć się w ironię, a nie tylko śmiać z tego, co aktualne, choćby w polityce. Bowiem to, co śmieszne w krótkim czasie może stać się groźne, o czym Deskiewicz przypomniał we fragmencie finałowej mowy Chaplina z „Dyktatora”. Na ile słowa są w stanie zmienić świat, skoro film mógł kiedyś istnieć bez słów, a aktor jakże często w dzisiejszym teatrze jest „gołosłowny”? Ten wielowarstwowy, intensywny monodram należałoby obejrzeć jeszcze i jeszcze raz!

Gołosłowność pasowałaby także do innego, niestety nieudanego monodramu zaprezentowanego w drugim dniu TSTJA. Marta Andrzejczyk w spektaklu „Letnie małżeństwo” zagrała Kaśkę z Mazur, ambitną dziewczynę, której małżeństwo trwało tylko siedem tygodni. Banalna historia, wyśpiewywanie smsów i piosenki Czesława Mozila z pierwszej płyty intonowane także przez aktorkę – może by zaciekawiły na TSTJA w 2008 roku, dziś już nie.

Ze słowami za to publiczność miała poważny problem w (o ironio!) SŁOWAckim monodramie Petera Čižmára „Makbet” i to nie tylko z powodu braku tłumaczenia, ale ze zrozumieniem w ogóle podobnego przecież języka naszych sąsiadów. Przyznam, że to odważne porwać się na Szekspirowski standard w monodramie, w którym aktor ze stale zaciśniętymi w szale zębami recytuje kwestie Makbeta czy Lady M., miotając się po scenie wśród worków pełnych szmat i śmieci, z nożem w zębach, z rozbijaniem lustra…, to nie daje się polubić ani przez chwilę. Bida-spektakl i biedny widz – choć przyznam, że reżyserskie pomysły Klaudyny Rozhin na „krew” na ciele aktora i urywanie główek laleczkom zrobiły pewne wrażenie.

Czytaj całość (menazeria.eu)