Zapraszamy do lektury bardzo ciekawej recenzji spektaklu BCC.
Aktor gołosłowny, czyli „co się stało, już się nie odstanie”
Wzruszenie, zachwyt i szczery śmiech wielu widzów wywołał także, niezauważony przez obie kapituły jurorskie Mateusz Deskiewicz, który w monodramie „Być jak Charlie Chaplin” napisanym i świetnie wyreżyserowanym przez Piotra Wyszomirskiego, pokazał, co oznacza prawdziwy „teatr w walizce”! Deskiewicz na małej scenie zestawił dylematy wielkiego komika pierwszej połowy ubiegłego stulecia z problemami dzisiejszych aktorów i zrobił to wyśmienicie, w charakterystycznym stylu kina niemego, z wszelkimi atrybutami Chaplina, jego mimiką, ruchem, a także śpiewem. Wspaniały warsztat młodego aktora, dykcja, tempo gry czy zdolności wokalne – wszystko to sprawiło, że widz, choć nadążał za aktorem, nie był w stanie odpocząć, przetrawić gagów (wcale nie na niskim poziomie!), złapać oddech do kolejnego śmiechu, wytrzeć łzy, wczuć się w ironię, a nie tylko śmiać z tego, co aktualne, choćby w polityce. Bowiem to, co śmieszne w krótkim czasie może stać się groźne, o czym Deskiewicz przypomniał we fragmencie finałowej mowy Chaplina z „Dyktatora”. Na ile słowa są w stanie zmienić świat, skoro film mógł kiedyś istnieć bez słów, a aktor jakże często w dzisiejszym teatrze jest „gołosłowny”? Ten wielowarstwowy, intensywny monodram należałoby obejrzeć jeszcze i jeszcze raz!
Gołosłowność pasowałaby także do innego, niestety nieudanego monodramu zaprezentowanego w drugim dniu TSTJA. Marta Andrzejczyk w spektaklu „Letnie małżeństwo” zagrała Kaśkę z Mazur, ambitną dziewczynę, której małżeństwo trwało tylko siedem tygodni. Banalna historia, wyśpiewywanie smsów i piosenki Czesława Mozila z pierwszej płyty intonowane także przez aktorkę – może by zaciekawiły na TSTJA w 2008 roku, dziś już nie.
Ze słowami za to publiczność miała poważny problem w (o ironio!) SŁOWAckim monodramie Petera Čižmára „Makbet” i to nie tylko z powodu braku tłumaczenia, ale ze zrozumieniem w ogóle podobnego przecież języka naszych sąsiadów. Przyznam, że to odważne porwać się na Szekspirowski standard w monodramie, w którym aktor ze stale zaciśniętymi w szale zębami recytuje kwestie Makbeta czy Lady M., miotając się po scenie wśród worków pełnych szmat i śmieci, z nożem w zębach, z rozbijaniem lustra…, to nie daje się polubić ani przez chwilę. Bida-spektakl i biedny widz – choć przyznam, że reżyserskie pomysły Klaudyny Rozhin na „krew” na ciele aktora i urywanie główek laleczkom zrobiły pewne wrażenie.
